Gdzie szaleństwo staje się normą

Siedzę w hali odlotów krakowskiego lotniska, czekam na lot do Edynburga. Naprzeciw mnie siedzi młoda kobieta, pomiędzy nogami trzyma butelkę Coca-Coli. Jej różowy telefon komórkowy spoczął na tym samym miejscu. Pierwsze, powoli niszczy jej jelita i układ nerwowy, drugie powoli niszczy jej mózg i układ rozrodczy.

W uszach ma słuchawki biegnące od telefonu. Jej twarz wyraża pustkę i rezygnację. Z pewnością nie zdaje sobie sprawy z tego, że systematycznie zmniejsza przewidywaną długość swojego życia.

Jest tu dość tłoczno. Jak co dzień, w sterylnych, oświetlonych neonami korytarzach, które stały się stereotypowym środowiskiem międzynarodowych lotnisk na całym świecie, typowi reprezentanci globalnych korporacji eksponują najnowsze ubrania. Produkty w ofercie – wszystkie przetworzone, zapakowane są tak pokazane, że „nie możesz im się oprzeć”.

W tym miejscu powietrze jest „udoskonalone” klimatyzacją, jak wszystko w około. Łącznie z …. mikrofalowym smogiem elektronicznym, którego obecność gwarantuje, że nikomu mózg nie działa tak, jak powinien. Wszyscy jesteśmy znieczuleni. Wytworzona elektryczność jest tu dominującą energią, mruczy i bzyczy z setek urządzeń i punktów zasilania, ekranów i hot spotów WiFi. Takie lotniska, jak to w dużym stopniu symbolizują przyswajanie szaleństwa jako normy. Co najmniej odczłowieczone i zależne od technologii totemy współczesnej skomputeryzowanej ery, pełzną na przód niestrudzenie homogenizując różnorodność planety.

Młoda kobieta naprzeciwko wpatruje się w ekran telefonu. Nagle niewielki rozbłysk ekspresji ożywia jej twarz. Ktoś przysłał jej wiadomość. Ciekawe, co czyta. Może: “Jak się masz, kochanie? Właśnie wróciłam do domu i zastałam Twojego braciszka grającego w nowej aplikacji w „Gry Wojenne 3”. Tata kosi trawnik – znowu! Miłego lotu i pamiętaj, napisz, jak dolecisz! Kocham, mama”. Jej twarz znów przybiera neutralny wyraz i znów układa komórkę w poprzedniej, skracającej życie, pozycji.

Za oknem różne pojazdy, przypominające roboty manewrują po hektarach asfaltu, z którego zrobione są terminale lotnisk na całym świecie. Ani jednego drzewa w zasięgu wzroku. Kilka siedzeń dalej, u mamy na kolanach siedzi mała dziewczynka, medytacyjnie pochłonięta czymś, co zajmuje małe dzieci. Nagle, piękny uśmiech rozświetla jej twarz. Delikatna aura odkupienia zawisa w powietrzu – i tylko na chwilkę – czysta radość przenika tę niewielką przestrzeń, gdzie dziecko doświadcza chwili nieprzetworzonej radości. Jak dobrze jest zobaczyć i poczuć moc ludzkiego ducha wznoszącego się ponad to nieukojone betonowe, okablowane miejsce ze szkła i plastiku.

Wcześniej, podczas kontroli bezpieczeństwa, zostaję poproszony na bok dlatego, że maszyna prześwietlająca promieniami rentgenowskimi wykrywa coś, kiedy przechodzę przez bramkę bezpieczeństwa. Strażnik bierze ręczny wykrywacz i skanuje moje dłonie i nadgarstki. Myślę: „co za dziwny pomysł, sprawdzać akurat tu….”. Aż przypominam sobie, że coraz więcej śmiertelników ma obecnie chipy w okolicach dłoni, które z pewnością uruchomiłyby alarm w ręcznym wykrywaczu metali. Przychodzi mi do głowy, że może zostałem zaczipowany bez mojej wiedzy i teraz jestem nieustanie monitorowany przez zcentralizowane biuro śledcze Wielkiego Brata. Nie jest to z pewnością niemożliwe, ale bardziej prawdopodobnym powodem zaświecenia się czerwonej lampki w wykrywaczu jest stalowy element wszczepiony w moją nogę przez polskiego chirurga, który zoperował moją kostkę rok wcześniej.

Jakieś pól godziny później, na pokładzie samolotu znów udaje się ludzkiej stronie życia przebić się na światło dzienne pod postacią stewarda, jowialnej istoty o szkockim akcencie i błyskotliwym uśmiechu. Słychać salwy śmiechu, kiedy steward tłumaczy, że z ponieważ przybywający pasażerowie zbyt sobie pobłażali, na pokładzie zabrakło kanapek na drogę powrotną. Swawolny steward, będący już u schyłku swojej kariery zawodowej, przypomniał mi mleczarza, którego kiedyś zatrudniłem do rozwożenia mojego niepasteryzowanego mleka i śmietany Guernsey mieszkańcom South Oxfordshire. Pochodził z Glasgow i prawie nikt nie rozumiał słowa z tego, co on mówił – nawet ja – tak kancisty miał akcent.

Ale dzięki Bogu, że takie ekscentryczne osoby ostały się w dzisiejszym, w dużej mierze zdominowanym przez korporacje, politycznie poprawnym i unormowanym społeczeństwie! Nie wszystko jest stracone, mimo wszelkich wysiłków, by wtłamsić nas w karby uległości wobec bezdusznej, wirtualnej egzystencji. Właściwie, widać coraz więcej oznak, że nowe życie kiełkuje tam, gdzie najmniej się go spodziewano – jak tu w czasie rutynowego, komercyjnego przelotu z Krakowa do Edynburga. Zawsze znajdują się drzewa, które przy najbledszym przebłysku słońca przebijają się przez beton, stworzony po to, by je stłamsić. Ci, zdolni do bycia ludźmi, pewnie nadal stanowią większość na tej planecie. Ale naciski na to, żeby dostosować się do planowo realizowanego, zcyborgizowanego, orweliańskiego wzoru, są nieustające. W tym pędzie po dominację gorące serce często jako pierwsze pada ofiarą militarno-przemysłowego, wiedzionego przez bankierów „nowego porządku świata”.

Na szczęście lot odbywa się bez niespodzianek. Ludzie zajmują się swoimi zwykłymi sprawami, jakie zajmują pasażerów ściśniętych jak sardynki w hałaśliwej i wyraźnie prymitywnej konstrukcji z grubego na dwa centymetry aluminium, zasilanej silnikiem odrzutowym, mknącego przez górną część atmosfery dzięki uprzejmości dużych ilości syntetycznej nafty.

Uderzamy o asfalt płyty lotniska w Edynburgu i zatrzymujemy się w doku. Wszyscy zrywają się na równe nogi, jak gdyby nagle włączono hymn narodowy (God Save the Queen). Następuje zwyczajowa kawalkada w stronę wyjścia, telefony komórkowe powyjmowane i pouruchamiane na nowo ćwierkają i nadają jak stado przestraszonych ptaków.

Ale potem następuje coś wyraźnie nietypowego – korytarze prowadzące przez odprawy celne są pozbawione reklam. Nie ma typowego gorączkowego elektromagnetycznego szumu, nie ma masowej muzyki. Wydaje się, że ludzie zwalniają. Przy stanowisku kontroli paszportowej hall wypełnia prawie namacalna cisza. Pary przeprowadzane są razem i przechodzą płynnie przez bramki. Można prawie wyczuć coś realnego. Można prawie poczuć zapach plątaniny wysp, jak z tradycyjnej szkockiej piosenki Road to the isles’. Prawie poczuć nie tak odległe górzyste Highlands z jeziorami, morzem, wodorostami, wrzosami i dumnymi dudziarza w dolinach.

Tym, którzy znają te rejony, dreszczyk przechodzi po plecach. Czy nie słyszymy w oddali refrenu dud wzywającego nas do broni? Starożytna, starożytna ziemia, kraina jałowych, granitowych wzgórz upstrzona kaskadami górskich potoków. Zapadający w pamięć, prawie bezdrzewny krajobraz, leżący odłogiem w dawnych czasach, nadal wydziela zniewalającą siłę magnetyczną.
Kiedy wyjeżdżamy poza Edynburg i wydeptujemy ścieżkę przecinającą ponure i piękne wzgórza zmierzając w kierunku Wysp Zachodnich, Jadwiga nazywa tę scenerię „smutnym rodzajem piękna”. „Widać tu dumę tych, którzy wytrwali i nie zgodzili się być „rozwiniętymi” – rozważa Jadwiga. „Okropne piękno” – odpowiadam ja, Szkot dzięki moim przodkom z klanu Rose of Kilravock. W miarę, jak kontynuujemy naszą podróż, ta krótka opowieść o ludzkości i nieludzkości wycisza się. Morał, jeśli byście się go dopominali, jest taki: tam, gdzie – a dowolnych powodów- człowiekowi nie udało się wdrożyć rozdzierających i niepokojących cech współczesnego świata, tam przetrwało wezwanie skierowane do naszych głębszych zmysłów, byśmy znów powstali i na nowo odetchnęli pełną piersią. Dmijcie w dudy, dudziarze w bram świtu!

Julian Rose jest międzynarodowym aktywistą, pisarzem, pionierem rolnictwa ekologicznego i aktorem. W latach 1987-88 prowadził kampanię, która uratowała niepasteryzowane mleko przed zakazem wprowadzania do obrotu w Wielkiej Brytanii, oraz, wspólnie z Jadwigą Łopatą, kampanię „Powiedz NIE GMO” w Polsce, która doprowadziła do krajowego zakazu stosowania nasion i upraw GMO w tym kraju w 2006 roku. Julian obecnie prowadzi kampanię „Stop WiFi 5G. Jest autorem dwóch poczytnych książek: „Zmieniając kurs na życie” oraz „W obronie życia” oraz jest od wielu lat propagatorem jogi/ medytacji. Na stronie Juliana można uzyskać więcej informacji i kupić książki www.julianrose.info